firmowe ewolucje

Jak rozpętałam firmową (r)ewolucję…

     Dwa lata. 730 dni i nocy. Tyle minęło od emisji programu „Firmowe Ewolucje”. Wiem, ze może mało kto dziś pamięta jakiś program telewizyjny sprzed dwóch lat. Ale dla naszej firmy tamtego dnia rozpoczęła się rewolucja, która zmieniła wiele.

W lutym 2015 dostaliśmy poprzez Bank Zachodni WBK propozycję udziału w programie rozwojowym dla firm. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że miałby być to program telewizyjny! Może i lepiej, bo wtedy szybko wrzuciłabym ten pomysł do kosza.

Wypełniłam wniosek, bo na sercu bardzo leżało mi pragnienie rozwoju firmy, a miałam wrażenie, że trochę intuicyjnie, trochę na oślep próbujemy przebić się przez rynek, gdzie wielkie koncerny takie małe firmy „zjadają na śniadanie”. Po prostu siadłam i napisałam, co czułam:

„Jesteśmy niewielką rodzinną firmą, która ma ogromną pasję tworzenia wyśmienitych przysmaków. Potrafimy wyprodukować pyszne, domowe przetwory, ale mamy problem jak odnaleźć się w dzisiejszych trudnych czasach, kiedy sieci handlowe dyktują tak trudne warunki współpracy. Chcielibyśmy, aby nasze słoiczki trafiały do wszystkich, którzy szukają takich przetworów, ale trudno nam trafić do nich. Chcielibyśmy, aby nasz zakład był przyjazny dla klientów. Naszym marzeniem jest, aby każdy mógł odwiedzić nas i zobaczyć jak produkowane są nasze wyroby. Chcielibyśmy się rozwijać, wprowadzając jeszcze więcej domowych przetworów.” 

Nawet nikomu o tym o tym nie mówiłam, bo nie wierzyłam, że ktoś wybierze taki mały zakład. Dwa miesiące później przyszła wiadomość, że przeszliśmy do drugiego etapu. Super! Tylko jak przekonać Tatę, Męża i pracowników do programu telewizyjnego…???  Jak tylko mi się to udało, przyjechała producentka programu –Monika Krawczyk i wzięła nas wszystkich w krzyżowy ogień pytań. Oglądała, rozmawiała, pytała o wszystko. Stresowaliśmy się okropnie, bo choć to przesympatyczna osoba, to pytania o firmę  były trudne. 

Po spotkaniu znów czekanie, czy nasza firma zostanie wybrana do programu. Wreszcie wiadomość. Tak. Przeszliśmy. Dostaliśmy umowę, która zmąciła radość z wygranych kwalifikacji. Bardzo trudna. Ekipa telewizyjna mogła praktycznie wszystko. Podgląd do receptur, spojrzenie w mysią dziurę… My naprawdę niewiele mogliśmy z tym zrobić.

No i się zaczęło…
Pierwszy etap to nagrania. Dwa dni. Sprawdzanie. Odkopywanie problemów. Dyskusje. Ekipa telewizyjna „zaledwie” dwadzieścia parę osób i te ciągłe pytania, analizy, oceny. Pozytywne i takie, które bolały… Oj bardzo…
Nadmiar rodzajów produktów, marketing, reklama, dystrybucja – źle, źle, źle…

Wreszcie kluczowa ocena, dla której istnienie Ogródka nabiera sensu. SMAK. Utytułowany autorytet, krytyk kulinarny Pan Piotr Adamczewski wydaje opinię o bardzo dobrym smaku przetworów. Uff… Kamień z serca, bo nad całą resztą można pracować, ale jeśli przetwory są zwyczajnie niedobre, to po co się wysilać? Więc jednak sukces. Mamy skarb, tylko musimy nauczyć się go sprzedawać. 

Kolejny etap. Spotkanie z ekspertami w Warszawie. A myślałam że pierwsze spotkanie w Wąsoszu było trudne… Tu dopiero było gorąco!  Rozmowy, konsultacje, dyskusje… i to godzinami… Napięcie sięgało zenitu. Dostaliśmy gruby skrypt z sugestiami popraw. Oj, dużo tego było! Trzeba się wziąć do pracy.

A tu 10 dni później dzwoni producent, czy jesteśmy gotowi! Gotowi? W 10dni?! Ile można zmienić w firmie w tydzień z kawałkiem?
Pamiętam to –  był środek sezonu warzywnego, a tu jeszcze wywracamy system działania firmy do góry nogami. Ech… nie wiem jak nasi pracownicy to znieśli. Szaleństwo. Ale wspólnymi siłami dokonaliśmy niemożliwego. Jeszcze w przeddzień emisji Mąż kończył tworzenie sklepu internetowego…

Wreszcie TA data – 27 października – emisja programu. Ogromne emocje. Nikt nie chce wierzyć, że w takich programach bohaterowie właściwie nie mają żadnego wpływu na to, co będzie pokazane, co wycięte, a nawet, co w ogóle zawiera materiał. Tym większe napięcie, kiedy mieliśmy to obejrzeć po raz pierwszy wraz z innymi widzami TVP. Tak szczerze to był paraliżujący strach. Zobaczyliśmy to razem – zaledwie 20 minut. Tyle pracy, stresu, a w telewizji ledwie kilka chwil. Ale – stwierdziliśmy wspólnie – jest dobrze. Wstydu nie ma. W nas mieszane uczucia: trochę dumy, trochę niepewności.

      I wtedy się zaczęło. Szok. Tyyyyyle pozytywnych komentarzy, opinii, gratulacji i ciepłych słów. Dosłownie potok sms’ów, maili, telefonów, wiadomości. Program przyniósł nam rozpoznawalność. Pamiętam jak zadzwonił Robert Renda – ze Stowarzyszenia Kucharzy Euro-Toques Polska, którego zainteresowała nasza firma i zaprosił nas na spotkanie z Kucharzami. Ta przygoda dalej trwa.

A jeśli nie widziałeś jeszcze tego odcinka zapraszamy serdecznie: Firmowe Ewolucje edycja I odc. 6 “Smaki z Wąsosza”

Co się zmieniło pod wpływem Firmowych Ewolucji?

Mąż, który nie lubi zmian, przełamał się do szukania nowych rozwiązań. Tata, który wziął na siebie ostateczną decyzję o udziale w programie, jest dumny że zrobiliśmy duży krok naprzód, choć pewnie wiele zdrowia go to kosztowało. A ja? Zyskałam pewność, że to, co robimy jest bardzo wartościowe. Osobiście stałam się bardziej pewna siebie, stanowcza i otwarta na nieznane.

Daliśmy radę – RAZEM. To ważne, bo bez naszej ekipy by się to nie udało. Nasi pracownicy zaufali nam i poddali się zmianom. Rady ekspertów nakreśliły kierunek, ale to wspólna praca każdego z nas przyniosła owoce.

Czy wykorzystaliśmy wszystkie sugestie zmian ?
Nie. Po dwóch latach nadal mamy pewne sprawy niedokończone, a z niektórymi po prostu się nie zgodziliśmy. Mieliśmy do tego prawo. Cieszymy się że potrafiliśmy odmówić w pewnych kwestiach. Może w biznesie nie ma sentymentów, ale Tata zawsze mnie uczył, że trzeba żyć w zgodzie ze swoimi wartościami. Jestem wierna tej zasadzie i tego samego uczę swoje dzieci.

Wiele osób pyta mnie o koszty udziału w programie. Pomijając finanse, to dużo bardziej odczuliśmy nieprzespane noce, stres, wysiłek. Jednak na pytanie czy warto było, głośno krzyczę: TAK! WARTO!

Przygoda życia, choć liczę, że jeszcze wiele takich przed nami.

Dwie ekipy: programu “Firmowe Ewolucje” i “Ogródek Dziadunia”

O autorze: Kasia Surowiec

Jestem mamą, żoną, córką i życiową buntowniczką. Nie zgadzam się na bylejakość, wolę wysiłek nad tym, co wartościowe. Lubię szukać mostów między tradycją i nowoczesnością. Potrzebuje wyzwań i ciągłego rozwoju, a szczerości - jak ryba wody. Kocham moją Rodzinę ponad wszystko i kocham dobre jedzenie, a to, co robię pozwala mi połączyć moje miłości.

Zostaw komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany.